Od rana rozpierała mnie jakaś pozytywna wewnętrzna energia. Chociaż pobudka w mroku przed 7 to dla mnie mordęga, przyjęłam to i dałam radę. Mężuś zrobił poranną kawę, synek ładnie się bawił, a śnieg padał... padał... Nie wiem co było przyczyną tego skoku witalności, ale po całym dniu jestem z siebie dumna ile dziś udało się zrobić.
Po za oczywistym ogarnięciem domu (pranie 3x, odkurzanie, mycie podłóg) znalazłam czas by pobawić się dłużej z dzieckiem, poplotkować przez telefon przy kawusi kolejnej, upiec i dekorować z synem babeczki, wyjść i poszaleć w śniegu, przyjąć w gości małych kuzynów, przygotować pyszną kolację i znalazłam jeszcze czas by tu się pojawić. Pewnie dla jednych to nic takiego, jednak ja jestem zadowolona dniem dzisiejszym... zerknijcie :)
tak mój syn pozuje do zdjęć :)
Kuchnia polowa OTWARTA ;)
Do zobaczenia... pozdrawiam





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz